Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 10 marca 2015
środa, 28 stycznia 2015
Akaroo Rock
ABORYGENI?
Akaroo Rock - miejsce, gdzie pojawiły pierwsze odkryte malowidła aborygeńskie - czyli pierwotne graffiti, które oczywiście obowiązkowo pojechaliśmy zobaczyć. Trasa zaczynała się 'w środku niczego' - trzeba było dojechać samochodem do małego parkingu z tablicą informacyjną i po zostawieniu pojazdu należało przejść około godzinną (dla nas półgodzinną) pętlę. Po przejściu niewielkiego odcinka pieszo dotarliśmy do wielkiej, wydrążonej skały - na której znajdowały się rysunki przypominające te powstające w klasach 1-3 wykonane kredą. I chyba słusznie nam się kojarzyły z twórczością młodzieży, bo obok autentycznych, ogrodzonych metalową barierką malowideł znajdowały się także takie wyglądające na całkiem współczesne i przedstawiające dobrze wszystkim znaną symbolikę - podobną na całym świecie i przedstawiającą tą gałąź anatomii, na punkcie której wszyscy mają fioła.
Poniżej obowiązkowe zdjęcie malowideł:
FOT: Malowidła Aborygenów, trochę przekontrastowałem fotkę, bo ciężko je było zobaczyć - mają w końcu swoje lata;)
Oczywiście tych 'nadprogramowych' malunków nie uwieczniałem;)
/ABORIGINES?/
/Akaroo Rock - the place where are the first discovered Aboriginal paintings on the rock - the ancient graffiti, that we obviously had to see. The track started in the middle of nowhere - we had to park the car on the small parking space with the info board and walk around one hour (a half for us) through the park. After we walked a short distance we found a big drilled rock - on which were drawings similar to these made with chalk in primary schools. The association felt quite right, as next to the authentic Aboriginal work we found other, looking fairly modern and resembling the well known anatomical designs that everyone obsesses about./
/Of course I didn't picture the above mentioned 'art';)/
/ABORIGINES?/
/Akaroo Rock - the place where are the first discovered Aboriginal paintings on the rock - the ancient graffiti, that we obviously had to see. The track started in the middle of nowhere - we had to park the car on the small parking space with the info board and walk around one hour (a half for us) through the park. After we walked a short distance we found a big drilled rock - on which were drawings similar to these made with chalk in primary schools. The association felt quite right, as next to the authentic Aboriginal work we found other, looking fairly modern and resembling the well known anatomical designs that everyone obsesses about./
/Of course I didn't picture the above mentioned 'art';)/
niedziela, 25 stycznia 2015
Powrót do Polski - mała notka.
POWRÓT
Jak już pewnie wszyscy wiedzą, wróciliśmy szczęśliwie do Polski - ale z uwagi na to, że nie zamieściłem jeszcze nawet ułamka tego, co widzieliśmy podczas naszych podróży - a zwłaszcza zdjęć z całego przebiegu wyprawy - zamierzam kontynuować bloga i opisywać po kolei, w możliwie chronologicznej kolejności, nasze przygody i zwiedzone miejsca. Poza tym muszę zrobić podsumowanie i spisać rady dla tych, którzy może w przyszłości będą wybierać się do Australii, albo w inne podobne miejsca - dlatego blog będzie kontynuowany bez zmian, z tym, że wpisy będą powstawały w Polsce.
/THE COMEBACK/
/As everyone probably know, we have safely returned to Poland - but according to the fact that I didn't post too much entries about our journey - and most importantly the photos from our travels - I intend to continue writing the blog and tell you more about our adventures and places that we visited. I have to make the summary and put together some advices for those who want to travel to Australia or places like this in the future. That is why the blog will work the same way as it worked before, the only difference is that the entries will be posted from Poland./
Jak już pewnie wszyscy wiedzą, wróciliśmy szczęśliwie do Polski - ale z uwagi na to, że nie zamieściłem jeszcze nawet ułamka tego, co widzieliśmy podczas naszych podróży - a zwłaszcza zdjęć z całego przebiegu wyprawy - zamierzam kontynuować bloga i opisywać po kolei, w możliwie chronologicznej kolejności, nasze przygody i zwiedzone miejsca. Poza tym muszę zrobić podsumowanie i spisać rady dla tych, którzy może w przyszłości będą wybierać się do Australii, albo w inne podobne miejsca - dlatego blog będzie kontynuowany bez zmian, z tym, że wpisy będą powstawały w Polsce.
/THE COMEBACK/
/As everyone probably know, we have safely returned to Poland - but according to the fact that I didn't post too much entries about our journey - and most importantly the photos from our travels - I intend to continue writing the blog and tell you more about our adventures and places that we visited. I have to make the summary and put together some advices for those who want to travel to Australia or places like this in the future. That is why the blog will work the same way as it worked before, the only difference is that the entries will be posted from Poland./
wtorek, 13 stycznia 2015
Uluru i fałszywe Uluru /Uluru and the fake Uluru/
ULURU
Najbardziej znana skała w Australii - Uluru. Miejsce święte dla Aborygenów, zbezczeszczone przez białych. Żeby zamknąć usta krzyczącym na temat tego, że rocznie wiele turystycznych butów depcze jego powierzchnię - zbudowano u podnóża specjalne centrum aborygeńskie. Całkiem zresztą udane - wchodzi się przez labiryntowy korytarz z prezentacją malowideł i dźwiękiem, dalej ekspozycja i mała sala kinowa z filmem o Aborygenach. Obok sklep i warsztat artystyczny, gdzie dwójka Aborygeńskich malarzy tworzy kwadratowe obrazki na skórzanych arkuszach i oczywiście są one dostępne do kupienia. Samą skałę można objechać dookoła, a na szczyt prowadzi ścieżka - niestety jak dotarliśmy na miejsce, z powodu prażącego słońca ścieżka opatrzona była zakazem wstępu z groźbą grzywny... Pozostało nam zrobić turystykę amerykańską i objechać całość autem, robiąc zdjęcia.
FOT: Uluru.
FAŁSZYWE ULURU
Ciekawostką jest, że kilkadziesiąt kilometrów od prawdziwego Uluru znajduje się 'fałszywe Uluru' - skała przypominająca kształtem oryginał, ale nim nie będąca - podobno kilka wycieczek już zrobiło jej zdjęcia i zawróciło (tak mówiła nam pracowniczka stacji benzynowej, z której było je widać).
poniedziałek, 5 stycznia 2015
Żegnaj Madzia, witaj Janusz /Bye Meggy, hello John/
JANUSZ
Poznajcie Janusza, godnego następcę Madzi - ten twardziel wjedzie wszędzie i pomógł nam zrobić 11000km podczas naszej wielkiej wyprawy przez Australię! Pod maską V6, na osłodę instalacja LPG - ceny paliwa są w Centralnej Australii tak wysokie, że Janusz przejadł o wiele więcej, niż my razem wzięci. Jest jak czołg - zbędnych przeszkód nie musi omijać. Poniżej zdjęcie nad wyschniętym słonym jeziorem - na którym sezonowo odbywają się wyścigi, gdyż jego tafla jest gładka jak stół.
FOT: Janusz.
Niestety przyszedł czas na pożegnanie z Madzią... Przez chwilę posiadaliśmy 2 samochody, co mi się osobiście jeszcze nigdy nie zdarzyło;) Po kilku chwilach spędzonych za kierownicą Janusza zostałem wielkim fanem aut 4x4 - są po prostu super! I ten ryk silnika - nawet po przełączeniu na gaz robi wrażenie, a siedzi się w nim tak wysoko, że wszystkie inne auta przypominają resoraki.
/JOHN/
/Meet John, the decent successor of Meggy - this tough guy can get everywhere and helped us drive 11000km during our big trip through Australia! Under the hood - V6, with LPG installed - the prices of petrol are so high in Central Australia that John ate more than us all together. He is like a tank - doesn't have to avoid any obstacles. Here is a photo on a dried salt lake - there are seasonal races, because its surface is perfectly flat./
/Sadly the time has come to say bye to Meggy... For a moment we had 2 cars, which never happened to me before;) After a few moments behind the wheel of John I became a big fan of 4WD vehicles - they are just great! And the engine sound... even on LPG impresses me, and the seats are so high that other cars seem like toys./
/JOHN/
/Meet John, the decent successor of Meggy - this tough guy can get everywhere and helped us drive 11000km during our big trip through Australia! Under the hood - V6, with LPG installed - the prices of petrol are so high in Central Australia that John ate more than us all together. He is like a tank - doesn't have to avoid any obstacles. Here is a photo on a dried salt lake - there are seasonal races, because its surface is perfectly flat./
/John./
/Sadly the time has come to say bye to Meggy... For a moment we had 2 cars, which never happened to me before;) After a few moments behind the wheel of John I became a big fan of 4WD vehicles - they are just great! And the engine sound... even on LPG impresses me, and the seats are so high that other cars seem like toys./
sobota, 3 stycznia 2015
Operacja Pustynna Burza /Operation Sandstorm/
OPERACJA PUSTYNNA BURZA
Jeszcze będąc w Mildurze postanowiliśmy zobaczyć pustynię w Mungo National Park - ruszyliśmy Madzią na 'offroadową' wyprawę, razem z naszym Belgijskim kolegą Guillaume'm. Po przejechaniu niewielkiej części drogi skończył się asfalt - dalej pędziliśmy ponad 100 km/h drogą szutrową (tzw. gravel road). W Australii nie jest to rzeczą niecodzienną - bardzo dużo autostrad jest zrobionych z ubitej ziemi, można na nich jeździć bardzo szybko i są bezpieczne. Po drodze natrafiliśmy na 'śpiącego' kangura (tak nazywaliśmy zwierzęta potrącone przez pojazdy i leżące przy drodze) i ciekawe miejsce do odpoczynku (tzw. rest area). Było też wiele tzw. grid'ów - to kratki umieszczone w nawierzchni drogi, zapobiegające migracjom bydła - próbowałem sam pieszo po tym przejść i chociaż kopyt nie posiadam, miałem z tym trochę problemów.
FOT: Pustynna droga...
PUSTYNIA
Po dotarciu na miejsce ujrzeliśmy niewielką stację turystyczną z miejscem na opłaty za wjazd do parku - co ciekawe są to po prostu specjalne koperty, do których wrzuca się niewielki datek i umieszcza w skrzynce - wszyscy to robią i nikt nie musi sprawdzać biletów. Pustynia była piękna, spotkaliśmy też całkiem przyjazne rodziny kangurów. Parki narodowe Australii mają to do siebie, że na dużych obszarach nie ma nikogo i można zrobić w spokoju zdjęcia, na których widać jedynie piękną przyrodę (oraz nas). Niemal z dziecinną radością wspinaliśmy się po piaskowych wydmach - każda idealnie równa i czysta! Wokół leżało też wiele kości zwierząt, zaczęliśmy nawet planować, żeby przyczepić jakąś czaszkę do samochodu, ale nie udało się znaleźć pasującej. W parku były także niewielkie skanseny z dawnymi maszynami rolnymi. Cała trasa możliwa była do objechania samochodem, z przystankami na oglądanie formacji skalnych/ziemnych/piaskowych (pewnie wujek Jarek by umiał je ponazywać, więc jeśli właśnie czyta ten wpis, zachęcam do wysłania na mojego maila jakiejś wzmianki - chętnie zamieszczę ją na blogu - chodzi np. o pustynie południowej Australii, może też uda się coś zidentyfikować ze zdjęć).
FOT: Samotny mędrzec.
FOT: Cowboy'e w Rest area...
poniedziałek, 29 grudnia 2014
Podróż przez pół kontynentu /The journey through the Mainland/
Witajcie,
Szybciutki wpis informujący, że jeszcze żyjemy i mamy się dobrze - muszę wrzucić bardzo dużo materiału, ale mamy utrudniony dostęp do internetu - więc na razie zapowiadam, że opowieści z podróży już wkrótce, meldujemy się z Sydney - świetnego miasta!
FOT: Poglądowa mapka naszych podróży - wersję w lepszej jakości wrzucę, jak tylko dostanę ją od Binka.
FOT: Mekka architektów - The Opera House;)
FOT: Panorama opery zrobiona z łódki (ang. ferry)
czwartek, 27 listopada 2014
Maszyna /The Machine/
MASZYNA
FOT: Gator, 6x6 - maszyna godna piachów Australii!
/Gator - the machine for Australia's sands!/
Wybaczcie kolejną nieobecność - złapałem konkretną pracę na farmie i od ponad tygodnia wykonuję różne ciężkie prace - kultura zatrudnienia zupełnie odmienna od poprzednich robót, których próbowałem. Tutaj mam stawkę godzinową, miły personel, przerwy na kawę i lunch - słowem idealne warunki, żeby zarobić na auto i benzynę, przy okazji trochę przypakować i spalić się na węgiel;) To ostatnie z resztą już zrealizowałem...
Pracuję teraz jak maszyna, tak też się czuję - niech w Australii wiedzą, że studenci z Polski potrafią przyłożyć się do powierzonego zadania! Dzięki temu jestem zatrudniany na kolejne dni...
SŁOŃCE
Słońce Australii praży od rana do wieczora, temperatury już przewyższają 30 stopni... Gorąco jest od pierwszej sekundy wystawienia jakiejkolwiek części ciała poza obrys cienia... Krem 50+ nie pomaga, jak wrócimy to będziemy wyglądali jak Aborygeni - i o to przecież chodzi!
Szerzej o warunkach pracy i kosztach życia będę pisał w podsumowaniu wyjazdu, na razie dodam tylko, że warto jest pracować dla rodowitych Australijczyków, najlepiej prowadzących rodzinne biznesy - oczywiście trzeba robić to dokładnie i szybko, wtedy można znaleźć zatrudnienie na dłużej.
PRACA
Na farmie zawsze jest dużo różnych zadań do wykonania, jak np. sadzenie nowych winorośli, przycinanie dojrzałych, noszenie ciężkich drewnianych słupków, zakrywanie sadzonek specjalnymi osłonkami, jeżdżenie 6-kołowymi łazikami, sadzenie zupełnie świeżych sadzonek w szkółce, wszczepianie gałązek w istniejące krzewy itp... Wszystkim tym się po trochu zajmuję. Po całym dniu takiej roboty człowiek czuje się zmęczony, ale usatysfakcjonowany. Słowem - maszyna. Dostałem ksywkę Mad Mike;)
FOT: Jestem maszyną.
/I am a machine./
MORDERCZE PASKUDZTWA C.D.
A teraz pora na kilka przykładów tego, co miłego można spotkać w Australii (przy okazji przypominam, że jeśli chcecie, żebyśmy zbadali konkretnego zwierza lub inną australijską ciekawostkę - napiszcie mi maila lub komentarz, chętnie pobawię się w przyrodnika!).
Oto parę zabójczych (i codziennie przeze mnie spotykanych) kreatur:
FOT: Słynny Redback Spider - na drzewku, które właśnie przycinałem...
/The famous Redback Spider - on a bush that I was just trimming.../
FOT: Kolejny Redback, w sumie widziałem ich już kilkanaście.
/Another Redback, I have seen more than ten already./
FOT: White Tail Spider, siedział sobie u nas w szafie w hostelu...
/The White Tail Spider, it was sitting in our wardrobe in the hostel.../
Etykiety:
Misje
,
Mordercze paskudztwa
,
Panowie inżynierowie
,
Podróże
poniedziałek, 17 listopada 2014
Mildura - pracujemy jak na galerze! /Mildura - the slave work!/
NIEWOLNIK
Ok, malutki wpis, zeby dac znac, ze zyje - wybaczcie brak polskich znakow, ale dostep do internetu tutaj mamy tylko z komputerow w kafejce. Jestesmy w Red Cliffs, w rejonie miasta Mildura - naszym celem bylo popracowanie troche na farmach, zeby zarobic na jakies bardziej terenowe auto (nie wiem, jak przezyje rozstanie z Madzia) - ale poki co zostalismy niewolnikami pewnego Hindusa i srednio nam sie oplaca zostawac tutaj, chyba ze chcemy zarabiac tyle, co w Polsce, a wydawac po australijsku. Nie chcemy;) Postaramy sie znalezc lepszy hostel, z legalna praca (taka, na jaka wybieram sie jutro, gdzie placone jest za godzine i od razu na konto w banku, a wszystko jest na papierze). Na paprykach za ponad 4 godziny pracy dostalismy po 30 dolarow na glowe, co przy stawkach tutaj jest kpina, bo zwykle powinno sie dostawac po okolo 20 za godzine. O zarobkach i wydatkach napisze szerzej w podsumowaniu, bedzie troche roboty, ale postaram sie stworzyc raport z naszej wyprawy. Zdjecia i wersja angielska tez niestety pozniej, bo jutro wstaje na 6 rano i bede kolejny dzien przekonywal sie, ze pojscie na studia to jednak byl najlepszy pomysl swiata;)
PAPRYKA
Od zbierania papryki troche pomieszalo nam sie w glowach, czlowiek widzi juz tylko papryke - niedlugo zdjecia z paprykowego szalenstwa, a tymczasem koncze ta krotka notke i mam nadzieje, ze nie zawodze Was zbytnio tymi odstepami we wpisach - czasem po prostu nie mam jak tego zrobic.
PS. Oczywiscie nie zapomnialem o przepisie na leczo od p. Marka Binkowskiego, poki co nie mamy na to warunkow, ale moze w podrozy sie uda, na sama mysl robie sie glodny;) Poki co niestety zywimy sie spaghetti i pizza, bo najtansze. Kanapki z maslem orzechowym i dzemem znow wracaja do lask;D Pozdrawiam wszystkich, ktorzy to teraz czytaja i zycze, zeby nie musieli zbierac papryki za 7 dolarow za godzine na czarno, bo to robi z czlowieka wariata!
FOT: Oszalały członek Paprykowej Mafii...
/The crazy member of Paprika Mafia.../
Etykiety:
Masakra
,
Misje
,
Panowie inżynierowie
,
Podróże
,
Rozrywka
poniedziałek, 3 listopada 2014
Mount Rufus Trip
WODA W BUTELKACH
Witajcie po długiej przerwie, mieliśmy ostatnio sporo na głowie (oddania projektów i tego typu sprawy), a potem nie było nas w zasięgu internetu - właśnie z powodu wyprawy, której poświęcony jest ten wpis.
Dzięki aplikacji wycieczkowej Binek wyznaczył kolejną trasę - Mount Rufus, parogodzinna wędrówka ładnym szlakiem, czyli całkiem fajny sposób na spędzenie dnia na Tasmanii. Na miejsce trzeba było dojechać, ale co to dla Madzi, prowadzi się z resztą bardzo fajnie i coraz lepiej się czujemy w ruchu lewostronnym. Na miejscu oczywiście wejście do parku narodowego z kasą biletową - standard tutaj, ale dzięki temu parki są naprawdę zadbane i z porządnie wyznaczonymi szlakami! Zabraliśmy oczywiście zapasy i wodę (pokrętny nagłówek wyjaśni się poniżej).
FOT: Taką drogą pędziliśmy w stronę nowych przygód!
STRAŻNIK
Kiedy podeszliśmy do lady (po wybraniu paru pocztówek) - napotkaliśmy wzrok strażnika leśnego, który zajął się obsługą terminala i zagaił do nas, gdzie się wybieramy. Binek powiedział "Mount Rufus", na co strażnik odparł "No". Powiedział to tak, jakby wyjście w góry oznaczało śmierć albo zwożenie helikopterem. Potem wyjaśnił, że warunki pogodowe nie są najlepsze - może padać. Oczywiście po wyjściu z centrum turystycznego postanowiliśmy i tak tam pójść, najwyżej zawrócić jak pogoda będzie kiepska. Ja miałem kurtkę przeciwdeszczową, ale za to buty letnie-górskie, Binek i Patryk - cięższe trepy. Ciekawostką była mała maszyna do czyszczenia butów z napisem "don't spread the red" - po włożeniu buta pod metalową pokrywę i ściśnięciu pompki-gruszki podeszwa była spryskiwana jakimś eko-detergentem, który miał likwidować niepożądane mikroby, zapobiegając ich rozprzestrzenianiu wśród roślin parku.
WODA W BUTACH
Na początku warunki były całkiem przyjemne - piękny las, gdzieniegdzie szumiące potoki - gdyby nie trochę inna roślinność, można by pomylić Mt Rufus z Tatrami. Znalazłem sobie kij do podpierania i od razu poczułem się, jak Gandalf z powieści Tolkiena.
FOT: Gandalf Czarny.
Niedługo jednak mieliśmy się przekonać, czym jest gniew Sarumana wobec kilku marnych istot w górskich butach i kurtkach! Pierwszymi sygnałami były plamki śniegu w zagłębieniach między zaroślami - im wyżej, tym więcej!
FOT: Fajnie się komponują tasmańskie rośliny ze śniegiem!
Im śnieg był głębszy, tym bardziej zdawałem sobie sprawy, że to, że mam letnie buty nie zależy od tego, czy jest lato - szczyt góry rządzi się swoimi prawami. Pierwszy śnieg, który nasypał mi się do buta wytrząsnąłem. Następne zostawiały po sobie coraz więcej wody, aż koniec końców czułem się, jakbym brodził w strumieniu.
FOT: Pielgrzym.
FOT: Mount Rufus - gniew gór.
Po dojściu na ostatnią grań zostaliśmy owiani lodowatym powietrzem, a z chmur zaczął padać deszcz - wtedy uznaliśmy, że trzeba zawracać, szczególnie że mgła nie dawała nic więcej zobaczyć. Wyprawa mimo wszystko zalicza się do udanych - lasy są tu naprawdę piękne!
FOT: Mina oddająca warunki, w jakich się znaleźliśmy.
Wracałem z wodą w butach, ale mimo wszystko warto było - szczególnie, że drugą parę zapobiegawczo wrzuciłem do bagażnika. Za to droga powrotna przypominała film, taki jakich osoby ze skłonnościami do schizofrenii nie powinny oglądać...
WALLABY
Jak tylko zapadła ciemność, stało się dokładnie to, co każdy mieszkaniec Tasmanii mówi na temat jazdy samochodem w nocy - pobocze drogi ożyło. Dziesiątki, a może setki ślepiów błyszczały w świetle reflektorów Madzi. Oczywiście zaczęła kończyć się benzyna, a stacja, którą zapamiętaliśmy z drogi do Mt Rufus - była nieczynna.
Gdy chcieliśmy odjechać ze stacji, zorientowaliśmy się, że tylne drzwi od Madzi są otwarte - nikt z nas nie pamiętał, żeby je otwierał... Uznaliśmy, że kangur zabójca już jest w kabinie, pewnie pod siedzeniem Binka. Auto na każdym zakręcie oświetlało po kilka postaci, ciekawsko gapiących się na nas, jak na jakieś UFO. Kilka nawet wyskoczyło na drogę, ale dzięki manewrowaniu, hamowaniu i trąbieniu udało mi się żadnego nie potrącić.
Były to oczywiście słodko wyglądające za dnia kangurki zwane tutaj Wallaby - niedługo zdjęcie z bliska, tutaj na razie fota z okresu, kiedy jeszcze myśleliśmy, że nie jest ich milion i polowaliśmy z aparatami na każdego napotkanego.
FOT: Wallabyyyyy!!! ;)
Wyprawa udana, niedługo relacja z wizyty w Hobart - spotkania z rodziną i hardkorowej wspinaczki po skałach!
sobota, 11 października 2014
Nowa podróż /New journey/
PODRÓŻ
Jeszcze nie skończyła się nasza przygoda z Australią, a już wybieram się w następną podróż - na Marsa! Wszystko dzięki NASA, która postanowiła wysłać tam imiona wszystkich chętnych podczas następnej misji;) Oto mój bilet:
/THE JOURNEY/
We haven't yet ended our adventure with Australia and I am already going for another big journey - to Mars! All thanks to NASA - they decided to send there the names of everyone who will sign - during the next mission;) Here's my boarding pass:
FOT: Jestem pasażerem;)
/I'm a passenger;)/
PS. Planuję zacząć pisać o ciekawostkach na życzenie - jeśli jest coś, co chcecie wiedzieć z pierwszej ręki - dawajcie znać, postaram się zbadać/sfotografować i zamieścić na blogu.
/PS. I'm thinking of starting to write about some stuff that may interest you - if there is anything that you want to know about - let me know and I will try to 'investigate' or take photos and post it here./
niedziela, 21 września 2014
Cradle Mountain Trip cz. 2
ZACHÓD SŁOŃCA NA CRADLE MOUNTAIN
CIEMNOŚCI
W miarę jak wchodziliśmy wyżej i wyżej na skały Cradle Mountain, coraz bardziej dyskusyjne stawało się wejście na szczyt - w końcu do zachodu słońca pozostało niewiele czasu, a nie chcielibyśmy zostać złapani przez ciemność będąc na szczycie góry. Latarkę czołową miał Binek, ja i Patryk - diody w telefonach (całkiem mocno świecą jak się okazało). Jako, że jesteśmy ambitni - oczywiście zdecydowaliśmy się na wejście na sam czubek góry. Wydawało się, że nie ma ona końca, perspektywa patrzenia na szczyt jest tak iluzyjna, że nigdy nie wie się, ile jeszcze zostało. Po drodze minęliśmy chatkę dla turystów i tym samym przekonaliśmy siebie, że w razie czego możemy się tam schronić (w pogodzie od rana mówiono o deszczach w tym regionie i rzeczywiście padało, ale nie na nas - widzieliśmy strugi deszczu z oddali). Ostatnie podejście na sam szczyt było złożone z wskakiwania na duże kamienie, łapania się ich i podciągania na kolejne - zdecydowanie najciekawsza część zdobywania! Czułem się jak człowiek pierwotny - szczególnie, że nie było zbyt wielu elementów świadczących o bytności ludzi w tym miejscu - co jakiś czas pojawiała się tyczka znacząca szlak - nie było śmieci, napisów - słowem idealnie zachowany klimat dzikiej natury!
Trochę zdjęć przed dalszą częścią relacji:
FOT: Coraz wyżej!
FOT: Całkiem przyjazny ptaszek
FOT: Klimatyczne ścieżki przez mokradła
FOT: Pastel zdobywca
FOT: W stronę słońca...
FOT: Widoczki
FOT: Majestatyczne krajobrazy...
FOT: Przebyta droga
FOT: Im wyżej, tym stromiej - trzeba używać rąk do wspinaczki.
FOT: Słońce coraz niżej, ale chcemy zdobyć szczyt!
FOT: Widok na drugą stronę góry
FOT: Krajobraz oszałamia!
FOT: Czubek góry, mieni się na złoto...
FOT: Skała Króla Lwa!
FOT: Mamy coraz mniej czasu na zejście ze skał, ale jest naprawdę pięknie!
FOT: Postanowiłem 'złapać' słońce...
FOT: Binek jako Król Lew
FOT: Dumny zdobywca Cradle Mountain
FOT: Pora na spotkanie z UFO
©Patryk Król
CIEMNOŚCI
Na szczycie spędziliśmy jakieś 15 minut - na szybkie doładowanie baterii czekoladą i napawanie się widokiem w świetle zachodzącego słońca. Zaobserwowałem patrząc na szybkość zanikania tarczy słonecznej za horyzontem, że zostało nam tylko kilka minut, zanim zapadnie zmrok i zejście stanie się niebezpieczne - więc zaczęliśmy szybko zeskakiwać po kamieniach na dół. Dokładnie w momencie, kiedy opuściliśmy ostatnie metry kamienistego zbocza - spowiła nas ciemność i do chatki szliśmy oświetlając drogę latarką... W chatce zrobiliśmy duży postój na jedzenie - bardzo podobało mi się, że jest zapewnione takie miejsce dla turysty - na ścianie wisiał tylko niewielki regulamin korzystania z niego i można było swobodnie rozsiąść się we wnętrzu, a nawet wejść po drabinie na podest z okienkiem i stamtąd popatrzeć na panoramę otoczenia. Jedliśmy już w kompletnych ciemnościach, rozświetlanych tylko światłem księżyca. Oczywiście przyszedł czas na opowieści o wilkach i innych stworach czekających tylko, aż wyjdziemy z chatki. W oddali zabił złowieszczy dzwon, na dźwięk którego włos się jeżył na głowie... Dzwon okazał się potrąconym plecakiem piorunochronem:D Niemniej jednak klimat pozostał. Posprzątaliśmy starannie wszystkie opakowania i ruszyliśmy dalej, podziwiając pełen gwiazdozbiór.
WILK
Szliśmy w kompletnych ciemnościach snując opowieści o tym, jak wilki okrążają takie grupki nocnych wędrowców i jak szybko potrafią dopaść swoje ofiary... Udało mi się wkręcić Patryka puszczając z telefonu wycie wilka;) Klimat miejsca zrobił swoje! Jakiś czas potem usłyszeliśmy szelest w zaroślach i przed nami przebiegło coś dużego. Kształt zniknął równie szybko, jak się pojawił i zastanawialiśmy się, czy jesteśmy już obserwowani przez watahę wygłodniałych bestii! Oczywiście zwierzęciem (najprawdopodobniej) był kangur - te lubią ponoć właśnie nocną porę i żyją tym rejonie, obok wombatów (którego ogonek też udało się zobaczyć). Całą drogę czuliśmy się tak, jakbyśmy byli śledzeni przez tajemnicze ślepia!
FOT: Wyobraźnia architekta działa cuda...
Źródło: curtisdee.blogspot.com.au
środa, 10 września 2014
Cradle Mountain Trip cz. 1
/English version will be posted later/
PRZYGODA
PRZYGODA
Witajcie po długiej przerwie! Miałem ogrom projektów do oddania i nie było kiedy zamieścić relacji z jednej z najciekawszych podróży w góry, na jakich dotychczas byłem! Była to o tyle piękna wycieczka, że wybraliśmy się na nią zupełnie sami, bez przewodników i planu - Binek sprawdził tylko trasę w internecie i tym samym stał się naszym specem od wypraw wysokogórskich (nie jest to typowy przykład 'syndromu jednodniowego eksperta', ponieważ Binek już nie raz chodził po górach, także z grupami). Zaczęliśmy od napojenia Madzi - rzecz oczywista, upomniała się także o olej. Zapomniałem prawa jazdy, więc prowadził Patryk i całkiem dobrze mu szło. Wyjazd zajął nam 2 dni, podczas których zobaczyliśmy naprawdę piękne miejsca, a co najlepsze - nie spotkaliśmy żywej duszy, przez co czuliśmy się jak bohaterowie książek Jacka Londona.
ZAPASY
Nie byłoby wyprawy w góry, bez solidnego zaplecza gastronomicznego. Nam musiały wystarczyć konserwy (kurczakowa to jakiś absurd, żołnierze dostają lepsze jedzenie, ale cóż było poradzić), zrobione improwizowane kanapki (bagietka z serem i przyprawą do wszystkiego), owoce (jabłka i pomarańcze, oczywiście przecenione w Coles'ie) i czekolada jako awaryjna bomba kaloryczna lub też przywilej zwycięzcy po zdobyciu szczytu. Ciekawe, czy jakikolwiek szczyt został zdobyty bez czekolady. W termosach wzięliśmy herbatę i zapas wody w kanistrze oraz butelkach.
WYPOSAŻENIE
Mi musiał wystarczyć plecak od laptopa, który jak się okazuje nadaje się idealnie do wejścia na każdą skałę i naprawdę dobrze się spisał. Binek miał swój, a Patryk po odzewie z facebookowej grupy, gdzie pytał o sprzedaż jakiegoś plecaka górskiego, a otrzymał propozycję nabycia różowego - zaopatrzył się w lokalnym markecie. Uzbroiliśmy się także w cały sprzęt fotograficzny, jaki mamy - aparaty i telefony, każdy zabrał trochę ubrań (pogoda mogła być zmienna i nie chcielibyśmy przemoknąć w górach), ponadto pościel - planowany nocleg stanowiły fotele w Madzi - ja wziąłem tylko poduszkę zakładając, że przecież przykryję się kurtkami - bardzo duży błąd;) Na szczęście miałem czapkę. Do tego wszystkiego dołożyliśmy parę drobiazgów typu opatrunki na wszelki wypadek, ubraliśmy cięższe buty i w drogę!
DIESEL
Od teraz Madzia zmieniła branżę i jest dieslem. Po prostu nim została. Podczas wyprawy na Cradle Mountain zaczęła brzmieć jak auto na olej i patrząc na konsumpcję tej motoryzacyjnej ambrozji - najwyraźniej sama wybiera sobie rodzaj paliwa, jaki jej odpowiada. Czekam, aż zacznie działać przedni spryskiwacz i tylne szyby, ale wszystko po kolei. Jak się okazuje, Madzia jest również campervanem na 3 osoby i więcej, ale o tym poniżej.
WIDEO: Madzia - diesel!
PARK NARODOWY I CRADLE MOUNTAIN
Bez większych przeszkód dotarliśmy na miejsce, Dojechaliśmy pod szlaban, przy którym wisiała tabliczka o konieczności kupienia biletu na wjazd do parku narodowego. Według tabliczki należało wrócić się 2km do bazy turystycznej... Tak też zrobiliśmy i niedługo potem staliśmy pod szlabanem z karteczką za przednią szybą. Otworzył się automatycznie, lub ktoś patrząc przez kamerę sprawdził bilet - nigdy się nie dowiemy, jak to działało. Za szlabanem jechało się chwilę do niewielkiego parkingu, skąd dalej ruszało się pieszo. Tam też zostawiliśmy Madzię, sprawdziliśmy, czy wszystko mamy i ruszyliśmy na wyprawę!
FOT: Początki podróży, ekipa w jak najlepszym humorze!
FOT: Widok na nasz cel
FOT: Ciekawski ptak, zainteresowany głównie naszym jedzeniem
FOT: Pierwsza herbatka w górach!
FOT: Zielona brama
FOT: Już w głębi lasu, coraz ciekawsze widoki.
FOT: Super były te przejścia wąskimi schodkami pośród zieleni!
FOT: Ciekawe, jak się nazywają te wszystkie rośliny...
FOT: Widok z góry na jezioro. Gdy przybywało zrobionych kroków, zmieniała się także perspektywa, z której je widzieliśmy.
FOT: Coraz stromiej i ciekawiej!
FOT: Zapierające dech w piersiach przestrzenie i minimalna ingerencja człowieka w środowisko. Pięknie!
FOT: Łańcuch dobrze tworzył klimat wspinaczki!
FOT: Perspektywa robi swoje!
Zmuszony jestem podzielić wpis o wycieczce na części, ponieważ zdjęć jest mnóstwo! Niedługo kontynuacja, a w niej o tym, jak złapała nas noc i czego można się obawiać w mroku!
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)
























